„Tylko krzyk…?” – trud bycia mamą…

Chciałabym stanąć pośrodku lasu i móc krzyczeć w niebo. Tak, żeby nie słyszał nikt, a jednak, żeby usłyszał ktoś… Poziom ilości mieszających się we mnie emocji związanych z obecną sytuacją, wzrósł do poziomu Mount Everest. Co gorsza, „ni hu hu” nie chce opaść… Wszystkie obowiązki, zadania, wymagania, pytania, stały się, jak kamienie zapakowane w podróżny plecak. Czuję, że nie jestem w stanie już dalej dźwigać. Uciska, obciąża i utrudnia stawianie zwykłych kroków, aby dotrzeć do celu… Tylko NADZIEJA, dodaje siły i wzmacnia determinację, aby dalej dźwigać plecak i podążać do upragnionego celu.

Być mamą…

…to zmaganie, które przynosi wiele trudu, ale owoce są słodkie.

Obecny czas postawił przed nami MAMAMI wiele wyzwań. Nie jest łatwo stawiać im czoła. Ja czuję, że pojemnik z cierpliwością jedzie na rezerwie i choć staram się, trudno jest mi go zatankować. Przestrzeń dla siebie i mojego M. jest zapewniona, czas na przewietrzenie mózgu też, ale ciągle czegoś brak, jakby pewien element nieustannie nie trybił.

I widzę, że to poziom frustracji, związany z mnogością zadań DO-wykonania, a małą liczebnością JUŻ-wykonanych, powoduje tak wiele napięcia i bezsilność. Ja, ta co zawsze ma wszystko pod kontrolą, ciągle o czymś zapominam, nie wysyłam, źle wysyłam, nie zaznaczam, nie tłumaczę, zapominam… zapominam… zapominam… I poziom frustracji dalej wzrasta.

Niby wszystko jest super, bo jesteśmy razem, bo spędzamy czas na wspólnych wyjątkowych momentach, które już nigdy nie wrócą. Mam jednak poczucie, że szala przesuwa się w niebezpieczną stronę i stąd ta frustracja, rozgoryczenie i zmęczenie. Nie umiem powiedzieć stop swoim wymaganiom wobec siebie, jako mamy. Wydaje mi się, że muszę wszystko ogarnąć i BYĆ WZOROWA, jak przykładna uczennica. Zapominam przez to, że złość i zniechęcenie towarzyszące mi niemal nieustannie, nie są tylko moimi stanami, ale w gratisie sprzedaję je także swoim córom.

Być mamą… zaczęłam się poważnie zastanawiać co to znaczy? 
(można sobie wstawić zamiast mamą/tatą, bo sprawa dotyczy obu ról)

Doszłam do wniosku, że są TRZY PODSTAWOWE ELEMENTY, które UŁATWIAJĄ BYĆ MAMĄ (można wstawić tatą), które pozwolą TOBIE WYTRWAĆ w tej roli i NIE OSZALEĆ.

 

#Po PIERWSZE – OBECNOŚĆ

To jest najistotniejszy element. Dlaczego?

Bo jeśli BĘDZIESZ PRZY DZIECKU myląc się, denerwując, zapominając, ale jednocześnie PRZEPRASZAJĄC i PROSZĄC O WYBACZENIE. Rozmawiając, tłumacząc, krzycząc, ale będąc, to wszystko BĘDZIE OK. Być, mieści w sobie: widzieć, przytulać, akceptować, słuchać, więc jeśli będziesz, to dziecko też będzie i nie będzie uciekało. Obecność buduje relacje i jednocześnie je ułatwia. Po pewnym czasie prób i błędów takiego podejścia dostrzegam zmiany. Bycie, rozmowa, bliskość, przyczyniły się do zrozumienia i bycia, towarzyszenia ze strony dzieci, głównie mojej pierworodnej i drugorodnej córy. Przejawia się to w bezinteresownym i spontanicznym przygotowywaniu śniadania, pytaniu czy może w czymś pomóc, albo po prostu zrobieniu czegoś bez słowa. WZAJEMNA OBECNOŚĆ OWOCUJE i bardzo pomaga.

 

#Po DRUGIE – BLISKOŚĆ

Ten element prawdziwie doceniłam dopiero niedawno, kiedy zaczęłam pracować nad #OPTYMISTYCZNYDOM (więcej na ten temat tu). Zawsze wiedziałam, że taki bezinteresowny czas przytulania, jest OGROMNIE WAŻNY. Jednak można go trochę traktować, jako punkt do odhaczenia, jako element układanki na udane dzieciństwo. Może się okazać, że nas w tym nie ma. Może się okazać, że dzieci czują pomimo przytulasów NIEOBECNOŚĆ i PRZEPAŚĆ. Zauważyłam, że jeśli chcę aby moje dzieci czuły moją BLISKOŚĆ, muszę być skupiona tylko na nich. Nie uciekając myślami gdzieś w dal. Musze próbować dawać czas dzieciom całkowicie, na wyłączność. Nawet, jeżeli to będzie krótki czas, ale w autentycznej bliskości przyniesie więcej owoców, aniżeli godziny w udawanej relacji. To uwalnia od pośpiechu, ciągłego myślenia o czymś i wszystko układa. „Każda rzecz ma swój czas…”, ważne, żeby o tym pamiętać.

OBECNOŚĆ i BLISKOŚĆ to już bardzo dużo w drodze do „celu”.

 

#Po TRZECIE – DYSTANS

Pozornie może się wydawać, że ten trzeci element wyklucza dwa pierwsze, jednak nie, ponieważ dotyczy innej przestrzeni. Dwa pierwsze dotyczą bezpośrednio relacji RODZIC – DZIECKO, natomiast ten trzeci dotyczy tylko MNIE JAKO MAMY/TATY. Chodzi tutaj o dystans do siebie, do tego co robię, jakie stoją przede mną zadania.

Ja miałam zawsze ogromny problem z tym, żeby złapać dystans do moich zadań. Moja codzienność wiązała się z zaciskaniem zębów i robieniem wszystkiego czego OD SIEBIE SAMA wymagałam. Czyli łączenia trzech ról: ŻONY, MAMY i NAUCZYCIELA, niemal jednocześnie. Przyszedł jednak czas, że zaczęłam nie ogarniać i wariować. Wtedy zapaliła mi się lampka: „KOBIETO, dokąd to zmierza, w jakim kierunku Ty podążasz?”. 

Musiałam złapać dystans, bo na pewno nie pisałabym teraz tego posta, tylko płakała w zamkniętym pokoju, ponieważ było krucho. Dystans jest KONIECZNY. Dystans jest NIEZBĘDNY, żeby zobaczyć to, co rzeczywiście ważne i gdzie należy odpuścić. Kiedy mogę nie poodkurzać na rzecz pracy, a kiedy odkurzanie jest ważniejsze od super ekstra zajęć dla dzieci. Kiedy powinnam zająć się dziećmi w pełnej obecności i bliskości, zachowując dystans wobec domowych obowiązków. A kiedy inni muszą zrozumieć, że dzisiaj popołudnie jest dla pracy.

Oczywiście to wszystko to tylko słowa, czasem bardzo trudno jest je przełożyć na życie, z różnych względów. Warto chociaż podjąć refleksję, czy mogę zrobić coś w moim życiu, dzięki czemu mnie i wszystkim dookoła będzie łatwiej, bezpieczniej. Przede mną i przed każdym, kto chce zmienić swoje BYĆ krzyczącą, sfrustrowaną MAMĄ/TATĄ, w po prostu BYĆ MAMĄ/TATĄ trudna droga. Może ona jednak być drogą pełną PIĘKNA, ŚWIATŁA i OPTYMIZMU. Tylko czy chcemy COŚ ZMIENIĆ?

Jeśli coś Cię zainspirowało zostaw komentarz, serduszko na INSTa, albo like na Facebooku.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *