Wielodzietność – TAK czy NIE?

Wielodzietność, to słowo, które u wielu dzisiaj wywołuje niemal torsje żołądka. Dlaczego? Bo kojarzy się najczęściej z patologią i zapomogami, jakie rodziny wielodzietne, mogą otrzymać od państwa. A że Państwo ostatnimi czasy stało się szczodrobliwe (zwłaszcza chodzi o program 500+), to ludzie obcy, tym bardziej przez pryzmat dzieci, widza pieniądze. (Więcej na ten temat znajdziecie tutaj.)

Dla mnie

wielodzietna rodzina

to coś zupełnie innego… Ale od początku…

Jak było?

Pragnienie posiadania dzieci było we mnie od dawna i w moim M. również. Już jako mała dziewczynka chciałam mieć dużą rodzinę. Choć wtedy moje motywacje były bardzo „dziecięce”: wspólne spotkania, świętowania, pomoc, „bycie przy” w radosnych chwilach. Myślę, że miała na to wpływ rodzina mojego taty, który ma 7 rodzeństwa. Obserwowanie ich latami dawało wiele refleksji i pokazywało mi, jak wielobarwne jest życie z gromadką dzieci.

Jednak życie weryfikuje wszystko. Wyszłam za mąż, poczułam wolność i świat, a pragnienie narodzin dziecka uciekło daleko w nieznane. Zaczęłam się obawiać perspektywy narodzin dziecka. Chciałam odsunąć, jak najdalej w czasie, to wydarzenie, bo „nie czułam się gotowa”, a tak naprawdę było mi wygodnie. Zamieszanie związane z pojawieniem się dziecka zaczęło mnie przerażać, a myśli o wielodzietnej rodzinie nawet nie przychodziły mi do głowy…

Na szczęście, ja mogę mieć swoje uprzedzenia i plany, a „ŻYCIE” i tak najczęściej „zrobi” po swojemu. Po roku od ślubu okazało się, że jestem w ciąży i wszystko zaczęło się zmieniać…

Plany, projekty, egocentryczne wybory, musiały odejść na dalszy plan. Nie z powodu samego bycia w ciąży, ale strasznego samopoczucia. Miało to jednak pozytywne strony. Zaczęłam czytać książki (wszelkiej maści, parentingowe również), szperać w otchłaniach internetu, poczytywać tu i ówdzie, poznawać tajniki życia rodzica, zbierać ważne tytuły książek „na później”, nabierać pewności, że skoro inni dali radę – ja też dam. A ponadto, czas poświęcony na odpoczynek w domu pozwolił mi sporządzić listę Must Have na początek (ona przez lata trochę się zmieniła, ale polecam zapoznać się z 5 rzeczami bez jakich nie przetrwalibyśmy pierwszego roku z dzieckiem), która była strzałem w dziesiątkę.

Co nas zmieniło?

Życie zaczęło się zmieniać i zaczęło zmieniać nas. Sytuacja z jaką musieliśmy stanąć „oko w oko”, przyczyniła się do przewartościowania wielu aspektów naszego dotychczasowego funkcjonowania. Zmiana nawyków, zmiana pór spania :), zmiana nawyków żywieniowych (bo w ciąży i karmiąc trzeba się zdrowo odżywiać, a potem trzeba się zdrowo odżywiać, żeby to dzieciom pokazywać), zmiana w mieszkaniu itd.

Ta perspektywa nastrajała nas pozytywnie do zbliżających się narodzin dziecka. Wszystko szło „zgodnie z planem”: narodziny, szał z miłości i radości, do momentu, kiedy niedługo po jednym porodzie przyszła wiadomość o kolejnym małym człowieku rozwijającym się w moim ciele.

Drugi raz to „życie”, a dokładniej Bóg pokazał nam, że nasze plany rozmijają się nieco z jego planami.

Na początku było trudno… Bunt, rezygnacja, niechęć do wszystkiego…. Dużo rozmów i wzajemnego wsparcia pomogło nam poukładać w głowie myśli. I czekaliśmy na naszą drugą córę…

Kiedy się pojawiła i kiedy mogliśmy obserwować, jak jej mikroświat ściera się z mikroświatem jej siostry. Gdy mogliśmy obserwować ich różnice i podobieństwa. Kiedy pokazywały swoje talenty, uzdolnienia, zainteresowania już od maleńkości… myśl o większej rodzinie stawała się coraz bardziej oswojona i bliska.

Zmieniła nas sytuacja w jakiej się znaleźliśmy, a może nie zmieniła, ale przywołała pragnienia, które były w nas, ale które skutecznie zakopaliśmy pod obawami i innymi pragnieniami.

Dlaczego wielodzietność?

Wybraliśmy wielodzietność i nadal ją wybieramy, choć tylko Bóg wie, ile dzieci jeszcze urodzi się w naszej rodzinie. Daje ona wiele możliwości nie tylko dzieciom, ale nam rodzicom, chyba jeszcze bardziej.

Ktoś może się zastanawiać jakie możliwości? Stanie w kolejce po buziaka od mamy? Ale właśnie tak. Dzieci w rodzinach, gdzie jest ich więcej uczą się cierpliwości, wytrwałości, wrażliwości, zaangażowania, systematyczności, pomagania, rozumienia, rozmawiania, dyskutowania, i wielu innych...

Decyzja o wielodzietności w naszym życiu była procesem. Kiedy zaczęliśmy zauważać pozytywy, jakie posiadanie dzieci przyniosło każdemu z nas i jakie przynosi dzieciom, zdecydowanie szala przesuwała się w kierunku decyzji na tak.

Oczywiście, tak jak „każdy kij ma dwa końce”, tak i każdy wybór przynosi zarówno przyjemne, jak i trudne konsekwencje. Duża rodzina nie pozwala na swobodny odpoczynek kiedy chcesz, bo generalnie zawsze jest dzieciaczek w wymagającym wieku, albo zawsze jest jakiś dzieciaczek wymagający większego zainteresowania, częstszego przytulania, czy pragnący rozmawiać niemal nieustannie. Zawsze trafi się jakaś kłótnia konfrontacja, trudna sytuacja, albo problem do rozwiązania. Często pojawia się zmęczenie, zniechęcenie, może znużenie, ale jeśli widzisz, że warto to idziesz dalej, nie zatrzymujesz się tylko idziesz dalej.

Na szczęście, nie ja sama jestem Panem w swoim życiu i mam się na KIM oprzeć. Dzięki temu, siła wraca i chęć do stawiania czoła kolejnym wyzwaniom także. Wiadomo różowo i cukierkowo nie jest. Czasem od poziomu decybeli się udziela i moje decybele też sięgają górnego pułapu, ale TO WSZYSTKO MA SENS.

Nie tylko „katole” są wielodzietni. Obserwując matki w mediach społecznościowych można spotkać wspaniałe rodziny wielodzietne, które nie mają nic wspólnego z katolicyzmem. Właśnie dlatego, należy powiedzieć, że wielodzietność to wybór, a nie przypadek. To decyzja na inne życie, a nie wynikająca z niewiedzy i nieumiejętności (oczywiście chodzi o formy antykoncepcji) udręka nie do zniesienia.

Oczywiście, to nie jest sielanka, mlekiem i miodem płynąca. Więcej dzieci to więcej kłótni, sporów, niedomówień, nawet kłamstw. TO wszystko ma jednak sens, bo nadaje życiu smak, daje przestrzeń dla dzieci na rozwój wielu umiejętności, których trudno jest się nauczyć jedynie wśród rówieśników w szkole. Duża rodzina to przestrzeń, w której odkrywa się wyjątkowość każdego jednego człowieka, bo możesz obserwować mnogość tej inności. Duża rodzina to dużo obowiązków dla rodziców i dla dzieci także. Nie chodzi o to, by z dzieci uczynić sobie „ludzi od sprzątania”. Chodzi o to, by poznali wszystkie sfery, przestrzenie życia, a sprzątanie „po sobie”, generalnie dbanie o porządek, jest też taką przestrzenią.

Niektórzy pytają: „skąd wy macie pieniądze na te wszystkie dzieci?”, ale nieprawdą jest, że trzeba mieć miliony, żeby „wychować dziecko”. Myślę, że miliony trzeba mieć, żeby dziecko rozpieścić dając mu już teraz, zaraz, wszystko czego chce, nawet jeśli obiektywnie tego nie potrzebuje. Milionami próbujemy kupować dzieci, a nie dajemy im czasu i prawdziwej miłości… Dziecko potrzebuje właśnie tego, nie Twoich pieniędzy. Całą resztę jest w stanie lepiej i szybciej zrozumieć niż niejeden dorosły, nieprzyjmujący pewnych argumentów do wiadomości… Nasze dzieci nie potrzebują mnóstwa zajęć dodatkowych, kursów,

Moja rodzina 2+4 określana jest już jako DUŻA. I rzeczywiście trochę zamieszania i odliczania np. obiadowych talerzy w niej jest, jednak z wielkim podziwem patrzę na matki, jak Agnieszka Stefaniuk. Nie tylko fantastycznie wychowują swoje dzieci (co wcale nie znaczy, że nie popełniają błędów, jak to się niektórym wydaje i o czym same mówią), ale jeszcze realizują się zawodowo. To nie jest niewyobrażalne, to jest czyjś wybór, INNEJ niż „popularna” drogi życiowej.

Nie chcę Cię namawiać do wielodzietności i krytykować TWOICH innych wyborów. Chcę Ci pokazać, że WIELODZIETNOŚĆ to NIE NIEŚWIADOMOŚĆ, PRZYPADEK, POMYŁKA, ale TAKŻE WYBÓR. Nie wiem, czy kiedyś tak o tym myślałaś. Mam jednak nadzieję, że ten post, choć trochę, pokazał Ci inne oblicze WIELODZIETNOŚCI.

5 komentarzy

  1. Justyna N. said:

    Nigdy nie marzyłam o wielodzietnej rodzinie, choć zawsze chciałam mieć troje dzieci 🙂. Życie zweryfikowało plany…

    04/06/2020
    Reply
    • Lucy T. said:

      Rewelacyjny tekst. Moja mama pochodziła z wielodzietnej rodziny było ich dziesiecioro. Praktycznie jedno wychowywało drugie. Jednak mimo to, ja osobiście widzę wielką więź pomiędzy nimi. Na pewno nie było łatwo i kolorowo, ale właśnie zawsze wspominam miło rodzinne spotkania.

      04/06/2020
      Reply
    • Paulina said:

      Życie zazwyczaj zaskakuje Nas swoimi planami.

      05/06/2020
      Reply
  2. Kasia said:

    Chylę głowę przed mamą, która ma więcej niż dwoje dzieci. Sama mam dwójkę i dają do wiwatu 😉 Niestety krążą opinie, że wielodzietność to nieprzemyślana decyzja. Może w jakimś małym procencie tak. Ale tak naprawdę, to dzieci decydują, czy pojawią się w naszym życiu, czy nie 🙂
    Cudowny artykuł:)

    05/06/2020
    Reply
  3. Eliza said:

    Moja mama ma jedną siostŕę, ja mam jddną siistrę i sama mam dwie córki. Nie poznałam smaku wielodzietnej rodziny, choć bardzo chciałam. Zawsze marzyłam o gromadce dzieci a potem wnuków.

    05/06/2020
    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *